Kamienny sen

Kolejny letni, wakacyjny dzień w Ustroniu. Kolejne beztroskie chwile pełne zabawy i nierównej walki z niespożytą energią. Hultaj Witek spędzał ten czas ze swoimi kuzynami – idealnymi towarzyszami harców, którzy przystawali entuzjastycznie na każdą jego propozycję.

Upalne lato wciąż dawało się we znaki, ale mali nicponie nie tracili humoru. Siedzieli w zacienionym miejscu obok domu, sącząc zimną oranżadę i zastanawiając się nad tym, jak spożytkować wolny czas. Z jednej strony woleli, aby tym razem obyło się bez ekscesów. Rozrabianie było w dechę, jak mawiali między sobą, ale nikt nie lubił zbierać za nie bury. Z drugiej przygoda puszczała do nich oko niemal na każdym kroku i naprawdę ciężko było jej się oprzeć.

- To co? Ryby? – zapytał Witek i już po chwili wszyscy stali na zewnątrz ze swoimi wędkami. Chłopcy nie obawiali się tym razem, że coś mogłoby pójść nie tak. To w końcu sport dżentelmeński, który z założenia z hultajstwem nie ma nic wspólnego.

Od Wisły dzielił ich dziesięciominutowy spacer, podczas którego gawędzili wesoło, rzucając jak z rękawa żartami i zabawnymi anegdotami.

- Ej, Witek! Uważaj z tą wędką, bo znowu złowisz jakiegoś ptaka – rzekł jeden z kuzynów, a cała reszta wybuchła gromkim śmiechem, który trwał już do końca wędrówki.

Nad rzeką chłopcy usadowili się wygodnie, przygotowali swoje wędki i zarzucili je w nietypowej dla siebie ciszy. Wędkowanie było dla nich swoistym rytuałem. W żadnych innych okolicznościach nie byli w stanie usiedzieć tak spokojnie.

Chociaż Wisła pełna była pstrągów, złapanie tej sprytnej ryby wcale nie było takie łatwe. Nicponie w skupieniu wpatrywali się w rzekę, licząc na to, że któryś z haczyków, w końcu poruszy się i podskoczy. Jedyne co jednak zauważyli to kamienie chlustające rytmicznie o taflę wody. Zdziwieni podnieśli wzrok i szybko odnaleźli winowajców. Po drugiej stronie rzeki stała grupka nieznajomych dzieci, które postanowiły popsuć im zabawę.

- Banda pętaków! – krzyknął Witek, odłożył wędkę i sięgnął po najbliższy kamień. Kuzyni wzięli z niego przykład i razem przerzucili znaleziska w stronę ustrońskich łobuzów. Nikt nie spodziewał się wtedy, że niewinne wyjście na ryby zakończy się bitwą na kamienie.

Walka trwała już kilka minut, i choć żaden z małych huncwotów się do tego nie przyzna, był to dla nich całkiem przyjemny rodzaj zabawy. Kamienie fruwały nad rzeką to w jedną, to w drugą stronę, mijając głowy, ramiona i nogi chłopców. Tylko jeden z nich trafił celnie – tak celnie, że uderzył biednego Witka w czoło, a ten runął jak długi i krew pociekła mu po skroni.

-    O mamo! O mamo! Co teraz?! Stracił przytomność! – płakał jeden z kuzynów.

-    Nie maż się. Obok jest szkoła. Zaniesiemy go do higienistki – odparł stanowczo drugi i chłopcy podnieśli młodego Witka za ręce i nogi. W tak pokraczny sposób dotransportowali go do gabinetu pielęgniarki.

W międzyczasie jeden z nich pobiegł do mamy rannego, by jak najszybciej poinformować ją o całym zajściu. Chciał wprawdzie rozegrać to delikatnie, ale widok pani Ireny zbił go z pantałyku.

bajka o przygodach młodego chłopca

© Anna Karolina Kaczmarczyk

 

-    Witek dostał kamieniem w głowę! – krzyknął zdyszany bez większych ceregieli.

-    A żyje?! – zapytała w panice matka poszkodowanego.

-    Nie wiem! – malec zachłysnął się łzami i tak zaczęła się pełna paniki    gonitwa.    Do    szkoły  pędził  i mały posłaniec, i mama, i ciotki    odziane    w    zgrabne  kuchenne  fartuszki.  Tym  razem eleganckie panie nie zwracały uwagi na swój wygląd. Biegły co sił w nogach z rozwianym włosem i z panicznym strachem o zdrowie i życie Witka.

Kiedy dotarły w końcu na miejsce i odnalazły pokój higienistki, wspólnie odetchnęły z ulgą. Witek leżał na łóżku opatrywany przez pielęgniarkę i spojrzał na nie z tak zbolałą miną, że nawet nie miały serca być na niego złe.

ilustracja do bajki o chłopcu

© Anna Karolina Kaczmarczyk

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *