Kurczę blade

Wróćmy na chwilę do ustrońskiego gospodarstwa, będącego tłem naszej pierwszej opowieści. Trawa, domek, stodoła, podwórze, kury, koguty. I Witek. Tym razem sam, znudzony, ze zbolałą miną i wzrokiem wbitym w podłogę. „Inteligentni ludzie się nie nudzą” – brzmiały mu w głowie słowa ojca i, cóż, ciężko było się z nimi nie zgodzić.

- Powtórzę tabliczkę mnożenia! – pomyślał – Nie, bez sensu. Wakacje są przecież. Jeszcze nie upadłem na głowę – zreflektował się szybko. Wstał ze schodków, przeszedł kawałek po podwórku, znalazł jakiś kamyk i rzucił nim o ścianę.

Był początek sierpnia, upał już mocno dawał się we znaki. Ciągłe przesiadywanie na zewnątrz sprawiło, że skóra Witka przypominała dobrze wysmażony stek. Pomysły na nowe harce ulatywały wraz z potem spływającym strużką po skroni, a resztka sił wtapiała się w rozgrzany uliczny asfalt.

Wraz ze znużonym Witkiem po podwórzu dreptały zobojętniałe kury. Niektóre zataczały koła, inne posuwały się zygzakiem. Były i takie, które chodziły tylko tam, gdzie udało im się znaleźć jakieś kuszące ziarno.

Drzwi kurnika były lekko uchylone. Zza nich słychać było przeciągłe gdakanie i niespodziewane popiskiwanie, które zwróciło uwagę młodego hultaja. Chłopiec podszedł do drewnianej chatki i zajrzał ostrożnie do środka. Tuż za progiem ujrzał uroczy obrazek. Cztery pisklaki spacerowały niezdarnie po sianie, potykając się o własne nóżki i ochoczo otwierając dziubki. Pomyślelibyście pewnie, że to widok, który rozczuliłby nawet najbardziej zatwardziałego chuligana. Nic bardziej mylnego! O głaskaniu słodkich kurczaczków to myśleć mogą sobie małe dziewczynki. Witek miał zgoła inny plan. Postanowił sprawdzić, czy te pierzaste istoty potrafią pływać.

-    Przecież to w końcu ptaki – pomyślał i pobiegł w kierunku miednicy pełnej rozgrzanej od słońca wody. Przywlókł ją kilka metrów bliżej, po czym rozpoczął gonitwę za małymi pływakami. Niezgrabne pisklęta wpadły szybko w ręce nicponia, który od razu zanurzył je w wodzie. Na nic zdały się głośne popiskiwania, sygnalizujące, że ten gatunek ptaka w pływaniu jednak nie przoduje. Witek, choć widział, że kurczaki nie radzą sobie najlepiej, postanowił dać im jeszcze jedną szansę - wszak to praktyka czyni mistrza. Kiedy czekał cierpliwie na rozwój wydarzeń, w pobliżu rozległ się rozdzierający krzyk.

-    Witek! Co ty robisz, do diaska?! Oszalałeś?! – był to nie kto inny, jak pani Irena, mama naszego bohatera. Słysząc wrzaski rodzicielki, chłopiec stracił rezon i zrobił niewinną minę.

-    Pływać  je  chciałem  nauczyć.  Coś  słabo  im  idzie…  - odpowiedział niepewnie na zarzuty i oddalił się szukać guza w innej części podwórka.

bajka o hultaju witku

© Anna Karolina Kaczmarczyk

 

Tymczasem energiczna kobieta pochwyciła ledwo zipiące kurczaki do ręki, zaniosła je do domu i otuliła kołdrą. Te, wystraszone i zadowolone jednocześnie, wróciły dziarsko do swoich popiskiwań, kiedy do pokoju wtargnęła nagle zaciekawiona gospodyni.

-    Słyszałam jakieś dziwne dźwięki. To stąd? – zapytała.

-    Tak? Ja tam nic nie słyszałam. Tutaj nic się nie dzieje – odpowiedziała pewnym głosem mama Witka, trzymając mocniej kołdrę i ukrywając sprawnie kolejne hultajstwo syna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *