Ostatnia deska ratunku

Nawet chuligani uczą się na błędach i nie wpadają dwa razy w te same tarapaty. Łobuzerska natura Witka nie pozostawała na tę zasadę obojętna. Po co powtarzać znane już hultajstwa, kiedy można popisać się zupełnie nowymi? Dzieciństwo to przecież nie czas na nudę. To wtedy odkrywamy swoje niecne talenty i śmiało wdrażamy je w życie. A kiedy mamy do tego odpowiednie towarzystwo, kolejny występek przychodzi tak łatwo, jak strzepnięcie muchy z ciasta drożdżowego z rabarbarem.

- O raju, jaki ten placek jest dobry! – zakrzyknął Krzysiu, kuzyn Witka, i włożył do ust kolejny, zbyt duży kawałek, który skutecznie wydął szczupłe policzki. – Naprawdę świetny – dodał, bełkocząc z pełną buzią i łapczywie zbierając okruszki, opadające jak lawina na sfatygowane spodnie.

- Jesz jak świ… - próbował skwitować Witek. Nie zauważył jednak, że do kuchni weszła pani Irena i czuwając nad słownictwem syna, dała mu pstryczka w ucho. Nie planowała jednak zostać tam na dłużej. Wyciągnęła z szafki dwa talerze, nałożyła na nie ciasto i wyszła, pozostawiając chłopców samym sobie.

- Kiedy przychodzi reszta? – zagadnął skrzywiony Krzysiu, niezadowolony z faktu, że ciotka wzięła dwa ostatnie kawałki rabarbarowca. Chodziło mu o trzech starszych kuzynów, którzy nie omieszkali zabierać swych młodszych krewniaków na „dorosłe” eskapady.

- Nie wiem. Środek wakacji, a my siedzimy w domu, jak jakieś durnie – odpowiedział Witek, kończąc szybko swoje ciasto, w które Krzyś wpatrywał się jak oczarowany. – Jak nie przyjdą do dziesięciu minut, możemy iść pokopać piłkę na to boisko obok szkoły -  zaproponował. Kuzyn przytaknął, lecz w tym samym momencie do domu weszło trzech nieco większych i lepiej zbudowanych chłopców. Śmiejąc się i wzajemnie poszturchując, w pierwszej chwili nie zauważyli nawet wpatrujących się w nich dwóch par szaro-niebieskich ślepi.

- No i co tam, chłopaki? Gotowi na wycieczkę? – zapytał wesoło jeden ze starszaków, czochrając włosy uśmiechniętego od ucha do ucha Witka.

- Zawsze! – odparł hultaj, śliniąc palce i próbując przywrócić swą fryzurę do ładu, tworząc efekt wprost proporcjonalny do zamierzonego. – Co mamy dziś w planach?

- Niespodzianka! – krzyknął drugi z kuzynów zachrypniętym i nieco piskliwym głosem.

- Tak czy inaczej - nie ma na co czekać. Idziemy! – zaordynował drugi i wszyscy jak jeden mąż ruszyli w stronę drzwi.

Wreszcie rozpoczęła się tak wyczekiwana przez młodych hultajów wędrówka w nieznane. Starsi kuzynowie nie zwracali na nich zbyt dużej uwagi, zajęci własnymi sprawami, zbyt poważnymi, aby dzielić je z młokosami. Witek i Krzyś się tym jednak nie przejmowali. Trzymali się z tyłu, zarumienieni z przejęcia, z kącikami ust podrygującymi co chwilę w beztroskim uśmiechu.

Droga zdawała ciągnąć się w nieskończoność, kiedy Krzyś przystanął nagle z nietęgą miną, masując obolały brzuch. Okazało się, że nawet ciasta z rabarbarem nie powinno się jadać w nadmiarze. Chłopiec, żałując beznadziejnej sytuacji, dał wreszcie za wygraną i obrał drogę powrotną do domu, informując o tym swoich współtowarzyszy.

Witek na szczęście nie przesadził tego dnia ze słodkościami. Szkoda mu było Krzysia, ale podążał w podekscytowaniu i milczeniu za głośnym towarzystwem, mijając złote pola pszenicy i owsa, chaszcze pokrzyw i łąki pełne żółtych mleczy. W końcu na horyzoncie zaczął majaczyć jakiś bliżej nieokreślony kształt. Po coraz głośniejszych rozmowach starszego kuzynostwa wnioskować można było, że rozweselona grupka zbliża się wreszcie do celu.

Do celu, czyli właściwie gdzie?

Ciekawski huncwot wytężył wzrok i jego oczom ukazała się budowa, na której powstawał niewielki domek jednorodzinny. Wzniesiony z surowej cegły stał dumnie bez okien i drzwi, czekając na kolejny pracowity dzień, który przybliży go do finału. Było późne popołudnie. Robotnicy skończyli codzienną harówkę i rozeszli się w swoją stronę, pozostawiając budynek bez nadzoru. Żaden chuligan nie zaprzepaściłby tak niezwykłej szansy na zabawę. Opuszczony dom to przecież lepsze miejsce harców niż najlepszy plac zabaw.

- Witek, weź przyspiesz. Nie będziemy na ciebie czekać – powiedział jeden ze starszych kuzynów do oniemiałego z wrażenia i zachwyconego hultaja, który zamknął w końcu usta i przebudził się z chwilowego rozmarzenia.  Później wszystko działo się już bardzo szybko.

Chłopcy weszli na dach budynku, żeby sprawdzić, co też znajduje się w okolicy i, rzecz jasna, na samym szczycie domu. Ten był z kolei pełen niewykorzystanych jeszcze cegłówek.

- Ej, patrzcie! Skrzynia z zaprawą! Kto wrzuci tam najwięcej cegieł, ten mistrz! – krzyknął rozentuzjazmowany Witek, podrygując z zachwytu nad tym doskonałym pomysłem. Kuzyni spojrzeli krytycznie na swego towarzysza, po chwili jednak przyznali, że młody dobrze prawi. Podnieśli cegłówki i zaczęli zrzucać je po kolei do chlustającej zaprawy. Zabawa trwała w najlepsze, kiedy na horyzoncie pojawiła się nagle jakaś postać. Choć na początku szła dosyć wolno i miarowo, po chwili przyspieszyła i rzuciła się pędem w stronę domu. Szybka analiza sytuacji potwierdziła, że może to być właściciel okupowanej posesji, więc banda młodocianych rzezimieszków zaczęła uciekać z miejsca zbrodni.

- Chuligani! Ja wam dam! Jak was zaraz dorwę, to na strzępy porozrywam! – groził rozjuszony mężczyzna, zbliżając się do domu.

Starsi kuzyni, wyżsi i silniejsi niż Witek, obawiając się konsekwencji, skoczyli prędko z drugiego piętra, pobiegli przed siebie i tyle ich widziano.

Młody łobuz nie był jednak tak odważny. Postanowił zbiec piętro niżej, ale tam czaił się już bordowy ze złości właściciel.

- Mam cię! – krzyknął, kiedy Witek dobiegł do okna i zaczął przymierzać się do skoku. Nie zdążył jeszcze odbić się od ziemi, gdy poczuł nagle przeszywający ból i runął jak długi prosto w wapienną zaprawę. Okazało się, że zdenerwowany mężczyzna zdzielił go deską prosto w wypięte pośladki.

wpadka-maly

© Anna Karolina Kaczmarczyk

 

Chłopiec wygramolił się ze skrzyni i, gdy po chwili uświadomił sobie co się stało, zaczął uciekać co sił w nogach, a po policzkach ciurkiem ciekły mu łzy.

Pani Irena do dziś wspomina, że sińce po tym niechlubnym zajściu utrzymywały się przez dobre kilka tygodni. I choć chłopiec wrócił do domu z płaczem, już po kilku dniach chwalił się wszystkim swym kolejnym hultajstwem, a ślady po desce pokazywał dumnie jak powojenne blizny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *