Pieskie życie

Biega wkoło jak szalony, podkrada jabłka, przegania gołębie, podchodzi niepewnie do kur, nie wiedząc, czy warto się zaprzyjaźnić, czy może lepiej trzymać się z daleka, a kiedy nikt nie patrzy, wykopuje w ogródku ogromne dziury, brudząc się przy tym niemiłosiernie. Choć opis pasowałby do Witka, to Amik – jego wierny psi przyjaciel.

Obaj spędzają właśnie swe pierwsze wakacje na Mazurach, bawiąc się tak dobrze, że czasami nie wiadomo, czy im zazdrościć, czy z przerażenia zamknąć oczy. Cóż to takiego, niewinne zabawy chłopca z psem – zapytacie. Znacie już jednak naszego hultaja. Słowo „niewinne” pasuje do niego jak majonez do budyniu.

- Amik! Chodź, rzucę ci jabłko. Grzeczny piesek. Przyniesiesz je potem? Oczywiście, że go nie przyniesiesz głupolu – mówił nasz hultaj, głaszcząc psa po kosmatej głowie. Ten w zadowoleniu wywiesił jęzor i nadstawił się, żeby pan podrapał go za uchem.

Zabawa jabłkami trwała w najlepsze. Witek rzucał owoce jak najdalej potrafił, a psiak puszczał się za nimi pędem, najczęściej nie potrafiąc ich znaleźć lub zjadając je do ogryzka. Gdy Witek podnosił kolejne jabłko, na ganku ni stąd ni z owąd pojawiła się nagle pani Irena.

- Czy wy jesteście mądrzy? A jabłecznik z czego zrobimy? Z ziemniaków? – zapytała poważnie, przyglądając się dwóm nicponiom. Amik postanowił ją jednak udobruchać. Podbiegł wesoło i robiąc szybkiego fikołka, nadstawił do głaskania pełen niestrawionego jeszcze obiadu brzuch. Mama Witka nie pozostawała nieczuła na urok ulubionego czworonoga. Westchnęła tylko głęboko i nie powiedziała więcej ani słowa, zabierając wiadro z resztą uratowanych jabłek.

- To co, Amik? Musimy sobie wymyślić inną zabawę – powiedział Witek, a psiak patrzył na niego, z radością merdając szpiczastym ogonem. Chłopiec zamyślił się na chwilę, spoglądając w stronę posesji sąsiadów, na której znajdował się niezabezpieczony ul.

- Ale mam dla Ciebie zadanie! – wykrzyknął nagle, kierując się w stronę sąsiedniego podwórka. Pies przystał ochoczo na tajemniczą propozycję i trzymał się nogi swojego pana, dreptając wdzięcznie na swych krótkich nóżkach. Po minucie obaj znaleźli się na obcym podwórku. Witek bacznie wpatrywał się w ul, który drgał od poruszającej się w nim chmary pszczół.

- No przyjacielu, pora, żebyś się wykazał. Pokaż, na co cię stać! Bierz je! – krzyknął zaaferowany, a Amik nie pozostał na te zachęty obojętny i rzucił się czym prędzej w bzyczącą fortecę, szczekając bez opamiętania.

Na początku nie wiedział, co ma robić, bo jego wróg okazał się niespodziewanie mały. Próbował ogłuszyć go przednimi łapkami, capnąć w paszczę i roznieść w pył, ale nie udawało mu się złapać żadnej z rozjuszonych pszczół. W końcu jedna z nich postanowiła podnieść rękawicę i stanąć w obronie całego roju. Jej metoda obezwładnienia wroga wydała się jednak dość osobliwa, bo sprytny owad wylądował Amikowi tuż na czubku mokrego, czarnego nosa. Ten spojrzał na niego, zaciekle zezując i widząc jedynie rozmazaną postać. Próbował dosięgnąć go językiem, na nic zdały się jednak owe zakusy, bo żwawa pszczoła nie była łatwym przeciwnikiem. Co rusz odlatywała na kilka centymetrów, aby znów zagościć na nosie swojego oprawcy. Choć pies kłapał na nią zębami, starając się przynajmniej złapać ją w locie, zwinny owad nie dawał za wygraną, bzycząc Amikowi nad uchem i robiąc w powietrzu coraz wymyślniejsze piruety.

Wkrótce do broniącej ula pszczoły dołączyły i jej koleżanki. Walcząc z nimi pokracznie, Amik wyglądał jakby tańczył w rytm szalonej afrykańskiej muzyki. Kręcił się w kółko, stawał na dwóch łapkach, wymachiwał przednimi, podskakiwał i sam nie wiedział, co tam robi i jaka jest dokładnie jego misja.

Batalia trwała kilka minut, a Witek śledził ją z zapartym tchem, kiedy nagle zobaczył, że jego towarzysz się wycofuje, potykając się o własne łapki, skomląc i piszcząc.

Młody chuligan nie przewidział takiego obrotu sprawy. „Mam nadzieję, że mama się nie dowie” – pomyślał, po czym spojrzał na mordkę swego przyjaciela i wiedział już, że nie uda mu się ukryć występku. Ta, opuchnięta od użądleń, nie patrzyła na niego z wyrzutem. Psia miłość ma to do siebie, że szybko wybacza wszelkie przewinienia. Amik, choć obolały, na widok swego pana zamerdał z radością ogonem i pokazał nosem, że już pora wracać do domu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *