Przechlapane

Wakacje miały się ku końcowi. Jeszcze jeden tydzień w Szczyrku i wkrótce rozbrzmi pierwszy szkolny dzwonek. Witek dumał nad swoim ciężkim losem, ubolewając, że z hultaja zmieni się znowu w porządnego ucznia. „No, może nie porządnego” – upomniał się w duchu – „ale co najmniej przyzwoitego, a to już zdecydowanie za dużo”.

Bazgrał coś na gazecie, podpierając pięścią ciężką, zmęczoną od zamartwiania się głowę i nucąc ulubioną piosenkę Beatlesów.

- Witek, co ty w kuchni siedzisz, jak taka ładna pogoda? – zagadnęła gospodyni domku, w którym chłopiec mieszkał wraz z rodzicami podczas wakacji. – Twoja mama z ciotką siedzą nad rzeką. Idź im potowarzysz. Na pewno się ucieszą – dodała i poklepała go po ramieniu.

Hultaj wstał niechętnie od stołu, dopił resztkę kompotu, westchnął głęboko i ruszył do wyjścia. „Dzisiaj naprawdę nie może mnie spotkać nic dobrego” – pomyślał, szurając stopami po wysuszonej ziemi i kopiąc pobliskie kamyki. Koniec wakacji nie był ulubionym momentem w życiu typowego dziewięciolatka i Witek był tego doskonałym przykładem. Beztroski uśmiech i błysk w oku zastąpiły usta w podkowę i puste spojrzenie w stronę Żylicy – rzeki, do której zmierzał bez większego entuzjazmu.

Po drodze przystanął przy budce z lodami. To stały przystanek, którego nie można było pominąć, nawet w złym nastroju. Sprawdził szybko kieszenie – coś brzdęknęło. Wyciągnął dwie niewielkie monety i jeszcze bardziej zrzedła mu mina.

- Za mało? – zapytał zainteresowany sprzedawca. – Którego chcesz loda?

- Bambino, wiadomo – odpowiedział chłopiec, oblizując usta na widok dobrze znanego opakowania.

- To zrobimy tak: dasz mi te pieniądze, które sobie tam uzbierałeś, a resztę doniesiesz innym razem. Pasuje?

Witek był zbyt szczęśliwy, żeby odpowiedzieć. Wręczył sprzedawcy uciułane grosze, wziął lody i ukłonił się grzecznie, obiecując, że zwróci resztę gotówki, jak tylko znajdzie zaopatrzoną w portfel mamę.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki dzień od razu stał się pogodniejszy. Chłopiec zauważył nagle otaczającą go zieleń, góry wychylające się z dali, słońce, spływające na przechodzących obok ludzi i, podrygując wesoło w takt nuconej wcześniej piosenki, doszedł do wniosku, że ma jeszcze tydzień wakacji, nie tylko lecz AŻ!

Docierał już powoli do rzeki, dumając nad tym, jak spędzić te ostatnie wolne dni, a pomysły wirowały mu w głowie jak rozpędzona karuzela.

Dojadając loda wszedł na zaporę postawioną nad Żylicą. Z góry obserwował opalających i kąpiących się ludzi, wyglądając kwiecistego stroju kąpielowego swojej mamy. Kiedy stał tak w najlepsze i podnosił patyczek z ostatnim kęsem loda, poczuł mocne pchnięcie i wylądował nagle w głębokiej wodzie. W pierwszej chwili nie wiedział w ogóle, jak się tam znalazł. Ogarnęła go trwoga. Przecież nie umiał pływać! Machał niezdarnie rękami i nogami, próbując zaczerpnąć powietrza, lecz jedyne co połykał to kolejne hausty wody. „Geniusze umierają młodo” – pomyślał ostatkiem sił, kiedy ktoś nagle chwycił go za ramię i zaczął wyciągać z wody. Wciąż dusząc się i kaszląc, Witek spojrzał na swojego wybawcę i tłumek, zbierających się wokół niego ludzi. „Może nie umrę młodo, ale przynajmniej będę sławny” – skwitował, łapiąc powietrze.

- To on! – pokrzykiwali tymczasem otaczający go urlopowicze, wskazując na wysokiego, barczystego mężczyznę, który, jak się okazało, aby przejść przez zaporę, zepchnął młodego hultaja wprost do głębokiej wody. Winowajca spojrzał na nich lekceważąco, dając do zrozumienia, że nie odpowie za swój czyn.

W tłumie oskarżycieli znalazła się jednak niewielka kobieta, która szła w jego stronę z tak groźną miną, że po chwili nie wiedział, gdzie podziać speszony wzrok.

- Ty! Coś ty zrobił mojemu synowi?! Jak cię zaraz kopnę, to sam wlecisz do tej wody! – wykrzyczała pani Irena dźgając bandziora długim paznokciem w twardy brzuch.

- Bardzo przepraszam. Ja nie chciałem… Nie wiedziałem, że on nie potrafi pływać – tłumaczył, garbiąc się coraz bardziej i patrząc na rozjuszoną kobietę z niemałym przestrachem. Kiedy w końcu spuściła go z oczu, czmychnął czym prędzej z jej pola widzenia.

oszty-maly

© Anna Karolina Kaczmarczyk

 

- Nic ci nie jest? – zapytała troskliwie syna. Ten stanął w końcu o własnych siłach i oczy zeszkliły mu się łzami.

- Nie – odpowiedział – Ale ten ostatni kawałek loda… - i łza spłynęła mu po policzku, ukazując ogrom niepowetowanej straty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *