Wolnoć Tomku w swoim domku

Tym razem porzucamy sielską scenerię spokojnej, polskiej wsi i przenosimy się do miasta. Kamienica, w której mieszka nasz bohater nie wyróżnia się niczym spośród innych bytomskich budynków. Jest stara, brudna, odrapana. Północne okna wyglądają na ruchliwą ulicę, południowe na szare, zakurzone podwórze. Zdawać by się mogło, że w takim otoczeniu inspiracji do hultajstw jest niewiele. Nieopierzeni chuligani nudziliby się pewnie na potęgę, siedząc w niewielkim, dusznym mieszkaniu i zbijając bąki. Ale nie nasz Witek. Każde terytorium otwiera przed nim nowe możliwości. Każdy kąt jest wspaniałym miejscem zabaw i swawoli.

- Jest! Czerwony! Dwadzieścia czerwonych! Wygrałam! – krzyczała entuzjastycznie Marylka, starsza siostra młodego hultaja. Oboje stali przed oknem, wlepiając wzrok w ulicę i licząc samochody. Choć zabawa była przednia i czasami udawało im się dojrzeć najnowszą syrenkę lub fiata 125, nie można było przecież sterczeć tam w nieskończoność.

- Chodź, napijemy się czegoś – zaproponował Witek i ruszyli razem do kuchni, w której czekał na nich zmrożony kompot z truskawek i jabłek. – Tak sobie myślę… - zastanawiał się chłopiec i z każdym kolejnym łykiem rodził się w jego głowie coraz bardziej skrystalizowany pomysł. – Pamiętasz ten wierszyk o Pawle i Gawle?

- Paweł i Gaweł w jednym stali domu. Paweł na górze, a Gaweł na dole… – Marylka rozpoczęła szkolną recytację.

-  Dokładnie. A pamiętasz, co robił tam Paweł? – dopytywał.

-  Urządzał polowania? – zgadywała dziewczynka.

-  Nie, to Gaweł. Paweł łowił ryby. W kuchni. Siedząc na kredensie – odpowiedział Witek i rzucił siostrze spojrzenie, mówiące więcej niż tysiące słów. Jako że i ona szczyciła się mianem pierwszorzędnego nicponia, od razu zrozumiała, o co chodzi przebiegłemu bratu. Nie trzeba było jej do niczego namawiać. Rodziców nie było w domu i tak doskonała okazja mogła się już nie powtórzyć.

Czasu było niewiele, więc oboje od razu wzięli się do pracy. Marylka zamknęła drzwi i zabezpieczyła je od dołu starymi szmatami. Witek puścił wodę w zlewie i wiaderkiem przelewał ją na kuchenną wykładzinę. Nie minęło pół godziny, a rodzeństwo stało po łydki w wodzie, uśmiechając się od ucha do ucha i kontynuując swe niecne poczynania.

- Ja bym jeszcze trochę dolał. Niech będzie po kolana – zasugerował Witek, a starsza siostra chętnie przystała na tę rozsądną propozycję.

Najlepsza zabawa rozpoczęła się, kiedy woda sięgnęła połowy szafek. Młodzi rybacy usadowili się na kredensie, wzięli ojcowską wędkę i zanurzyli ją w nowo powstałym stawie.

niegrzeczne rodzeństwo bajka

© Anna Karolina Kaczmarczyk

 

Połów trwał dopiero kilka chwil, a w zamku zaskrzypiał klucz. Dzieci spojrzały na siebie z zadowoleniem, zakładając, że mama będzie uradowana tym, jak świetnie radzą sobie pod jej nieobecność. Zadowolenie pani Ireny nie było jednak tak wyraźne. Wpadła z impetem do kuchni i długo nie mogła odzyskać głosu, wpatrując się to w swoje własne, zanurzone w wodzie stopy, to w dwójkę spoglądających na nią radośnie hultajów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *